Życie to nie film, choć poziom grozy potrafi osiągnąć krytyczny poziom

Gdy dziś wspominam tamten czas to praktycznie nie czuję, by wszystko to co się wydarzyło, było realne, dotyczyło mnie i mojego synka, bym brała w tym aktywny udział i przetrwała te straszne chwile. Wciąż lubię oglądać thrillery i inne koszmarne filmy, w których bohaterów spotykają przerażające przygody, w których niektóre postaci giną. Zwykle oczywiście finalnie wszystko kończy się happy endem. Oglądając jednak te filmy, kiedy ogarnia mnie przerażenie nie do wytrzymania, zawsze mogę film zastopować i nigdy nie przekonać się co jeszcze tragicznego się wydarzy. Czasem przeczytam opis filmu przed jego włączeniem i w ogóle rezygnuję z oglądania.

Niestety, mimo, że wspomnienie choroby mojego syna jawi mi się często niczym straszny film, tu takich możliwości nie mam i nigdy nie miałam. Wiele razy chciałam cofnąć się w czasie do dni sprzed diagnozy, wiele też razy już w czasie Jego choroby chciałam zatrzymać czas. Wiedziałam, że każdy kolejny dzień przybliża nas do wiecznego rozstania. Po śmierci Dominiczka znów chciałam czas cofnąć lecz tym razem gotowa byłam przenieść się nawet z powrotem do czasu leczenia na oddziale onkologii. Ja zniosłabym dla Niego nawet kilkadziesiąt trudnych lat – lat wypełnionych strachem, zmęczeniem i oczekiwaniem na chwilę wytchnienia od choroby. Wiem, że Guguś też by dał radę. Nie było dnia żeby się skarżył na swój los, żebym mogła pomyśleć, że podejmując się wyjazdów do Warszawy i nieustającego leczenia cytostatykami wyrządzam mu krzywdę. Każdego dnia witał mnie szczerym uśmiechem i takim samym żegnał. W ciągu dnia wygłupiał się i bawił jak każde zdrowe dziecko. Nawet dwukrotna utrata zdolności samodzielnego chodzenia nie odebrała Mu dobrego nastroju na dłużej niż dwa dni. Oczywiście tęsknił za domem, kotkiem i rodziną. Oczywiście uwielbiał swój pokój i podwórko przed blokiem ale też z wielką pokorą i odwagą przyjmował to co Go spotykało. Teraz gdy mnie dotyka jakaś słabość i mam ochotę się pomazgalić, przypominam sobie mojego malutkiego chłopczyka i staram się brać z Niego przykład. W konfiguracji matka-dziecko to ja powinnam świecić dla niego przykładem a nie odwrotnie ale nasze życie przekornie odwróciło te role.

Życie z śmiertelną chorobą w tle nie jest łatwe ale przynajmniej jest. Mimo trudnych okoliczności, mimo lęku i niepewności ma się swoje dziecko przy sobie. Można je przytulić, ucałować, zadbać o nie. Życie po stracie ukochanej pociechy już nie jest pełnowartościowe. Mimo, że wszystko układa się dobrze i z zewnątrz wygląda na spokojne, radosne, to nigdy nie jest już kompletne. Zawsze w jego tle jest pustka, tęsknota, ból. Chciało by się poddać, zrezygnować z tego niespełnionego już życia i dołączyć do dziecka. Kiedyś, na krótko po odejściu Dominika, te myśli nawracały jak bumerang i wierciły dziurę w brzuchu. W końcu spłynęła na mnie myśl. Skoro Guguś, malutki i kruchy chłopczyk, a także dziesiątki jego kolegów i koleżanek, każdego dnia swojej choroby stawiali dzielnie czoła okrutnemu losowi, skoro tak bardzo cenili sobie życie, że mimo pragnienia szczęśliwego i beztroskiego dzieciństwa znosili trudy chemioterapii, radioterapii i powikłań po zabiegach operacyjnych to czemu ja mam wzgardzić tak cennym darem jaki został mi dany – życiem? Czy wtedy Jego walka nie była by wręcz daremna, niepotrzebna? Czy chcąc dobrowolnie zrezygnować z tego, o co w wielkim bólu i niewygodzie walczył malutki chłopiec, nie naplułabym Jemu i reszcie małych pacjentów w twarz? Życie mamy tylko jedno i nie wolno z niego rezygnować. Prawdą jest, że doceniamy wartość czegoś dopiero wtedy gdy to tracimy. I choć moje życie nigdy nie będzie już takie jak kiedyś, moja rodzina nie będzie już pełna, dom nie wypełni szczera radość a w sercu zawsze będzie żal i tęsknota, to będę trwała, będę myślała o moim Aniele, czciła Jego pamięć i kiedyś Kamilowi, a potem może i Jego dzieciom opowiadała o tym, jak jeden dwu-, trzyletni chłopczyk próbował wydrzeć się śmierci, jak nauczył mnie doceniać życie i z godnością odchodzić.

Wspomnienie dnia narodzin Dominiczka w dniu Jego piątych urodzinek


22 luty – kiedyś dzień zwyczajny mimo, że w ten dzień wypadają moje imieniny. Potem dzień najwspanialszy, niosący radość i dumę. Dziś to data pełna bólu i tęsknoty… Dziś – 22 lutego 2016r skończyłbyś synku 5 lat. Na pewno byłby tort i goście, prezenty i życzenia, radość i miłość. W mojej głowie już zawsze będziesz malutki, 3 –latek z łysą główką i zadziornym uśmiechem, w kolorowych ubrankach, otoczony szeregiem małych samochodzików. Trudno mi myśleć o Tobie jako chłopcu pięcioletnim a co będzie za dziesięć czy dwadzieścia lat? Teraz wciąż przynoszę Ci na grób zabawki, znicze z wizerunkiem zygzaka i kolorowe doniczki i nie wiem jak miałabym zmienić to miejsce na grób nastolatka czy dorosłego mężczyzny.
Historię króciutkiego życia Domisia staram się tu przedstawić wiernie i uczciwie dlatego też, mimo, że blog miał być poświęcony Jego walce z chorobą, to dziś opowiemdzień narodzin.

Zanim dowiedziałam się, że zostanę mamą, droga do macierzyństwa była kręta, pełna niespodziewanych i trudnych do zniesienia zwrotów a także niezwykle wymagająca. Krótko po ślubie poroniłam pierwszy raz. Wtedy wydawało mi się, że chcieć być matką znaczy móc. Już, od razu, bez problemu. Szybko ta idealistyczna myśl została zniszczona. Trzeci miesiąc ciąży, krwawienie, traumatyczny pobyt w szpitalu i wiele miesięcy spędzonych w zaciemnionej sypialni z obniżonym nastrojem. Trudny czas w małżeństwie – M chciał żyć dalej a ja nie dawałam się dotknąć, nie interesowała mnie jego praca ani dom. Leżałam i rozpaczałam. Dzięki jego miłości i wsparciu w końcu się otrząsnęłam. Zaczęłam szukać przyczyn poronienia i leczyć się. Wynajdowano dziesiątki nowych dolegliwości i faszerowano lekami, robiono kolejne nieprzyjemne badania i stawiano diagnozy nie pozostawiające złudzeń – „posiadanie dziecka w Pani przypadku jest jak trafić szóstkę w totolotka – niemożliwe”. Łzy i ból – tyle pamiętam z tamtych lat. W 2009 roku w wyniku zabiegu inseminacji zachodzę w drugą ciążą ale bardzo szybko pojawia się znajomy piekielny ból w podbrzuszu i finał jest jak dwa lata wcześniej – tracę dziecko. Mąż wspiera jak umie – zabiera na spacery, wczasy, nie odstępuje na krok a co najważniejsze, mimo, że w jego opinii powinniśmy odpuścić, godzi się na bieganie po kolejnych klinikach, bada się, bierze udział z następnych 8 zabiegach inseminacji. W końcu słyszymy od lekarza, że bez in vitro się nie obędzie. Boli – bo to ryzykowne i bardzo kosztowne. Decydujemy się na roczną przerwę w staraniach o dziecko i zamierzamy zbierać pieniądze.

Od następnego dnia zaczynamy żyć jak normalne małżeństwo: bez obliczania dni cyklu, zmuszania się do współżycia, ciągłego rozmyślania i rozmawiania o dziecku. Mija miesiąc i odruchowo wykonuję test ciążowy. Przyzwyczajona do porażki, nie wierzą własnym oczom: dwie kreski. Oczy robią się wilgotne. Wychodzę z toalety, M siedzi na kanapie w salonie. Pokazuję test i pytam „co widzisz?” Odpowiada krótko: „nie ciesz się, nie ciesz się za wcześnie, jedziemy do lekarza”. Jest dzień ojca!!! Siedzę na fotelu pasażera w naszym samochodzie i ukradkiem spoglądam na twarz M. Nie ma na niej wielkiego uśmiechu ale wiem, że pod warstwą opanowania i niepewności jest cień radości, dumy. Ja nic nie mówię, by nie zapeszyć ale w głowie mam tylko jedno: „będę mamą, będę mamą”. Lekarz potwierdza ciążę ale też nakazuje zachować powściągliwość. Trzy pierwsze miesiące dbam o siebie jak nigdy dotąd. Ciążę utrzymujemy w tajemnicy, nie chcemy sprawiać ponownej przykrości naszym rodzicom. W końcu słyszymy: najgorsze za nami, powoli można się cieszyć. Informujemy bliskich, zaczynamy przygotowywać się do narodzin syna. Ciąża przebiega bez komplikacji choć na wszelki wypadek zażywam leki na podtrzymanie: tabletki przez pierwsze miesiące a codziennie, do samego porodu zastrzyki w brzuch (wykonywałam je sama, pod koniec ciąży brzuch był już duży i twardy, pełen siniaków i zrostów).


Rosnę ja, rośnie mój synek. Wiemy już, że nazwiemy Go Dominik i że będziemy Go kochać jak nikogo dotąd. Od pierwszego USG mówi się o dacie porodu 22 lutego 2011r. Dzień wcześniej jesteśmy u znajomych, gramy w karty, miło spędzamy czas. Potem jedziemy na fast fooda – takie życzenie ciężarnej. Koło 21 godziny zjadam wielką kanapkę, frytki i dopycham się kurczakami. Za dwie godziny czuję niewielkie bóle w podbrzuszu. Myślę: fast food zaszkodził ale ból nie ustępuje. Nie jest uciążliwy ale ma charakter regularnych ucisków. M każe decydować: albo piję piwo i idziemy spać albo piję kawę i jedziemy rodzić – mówi. Wybieram to drugie. Po kilku minutach jedziemy do szpitala ale tam nie widzą specjalnej akcji porodowej. Na wszelki wypadek zatrzymują mnie w szpitalu – jest już północ. Kilka godzin leżę na Sali porodowej ale skurcze całkiem ustały więc M pojechał do domu. Rano, koło 8.00 przyszedł ordynator i pyta: „chce Pani dziś urodzić?” Mówię „tak”. W końcu już tu jestem a dziś i tak jest 22 luty. Przekłuwa worek owodniowy i każe podłączyć kroplówkę. Uaktywniają się moje problemy z żyłami – kroplówka praktycznie nie może kapać, bóle więc są niewielkie. Na szczęście okazuje się, że rozwarcie się powiększa. M jest cały czas obok mnie, podaje wodę, masuje nogi, służy radą. O 12.53, mimo braku skurczów, wydaję na świat moją szóstkę w totolotka, mój największy skarb. Jest malutki, śliczny i jest mój. Waży 3300g i ma 57cm długości. Owijają Go w becik i pozwalają przytulić. Nie umie jeść i mimo, że nie ma zębów gryzie mnie mocno po sutkach. Wybaczam – jest mój, jest boski. W szpitalu spędzam trzy dni- nie oddaję Go pielęgniarkom ani na minutę: wciąż Go tulę i całuję, opowiadam o nas, obiecuję czego Go nauczę i co Mu pokażę. Puszczam Mu piosenkę Dżemu „żyj z całych sił i uśmiechaj się do ludzi, bo nie jesteś sam…” .


Mogę obiecać Mu tylko jedno: zawsze będę Cię kochać i zrobię wszystko byś był szczęśliwy… Wszyscy jesteśmy dumni i szczęśliwi. Ja zaczynam tak ślepo kochać syna, że nie zauważam, iż Jego główka ma nienaturalnie dużą wielkość. Dopiero lekarz podczas obchodu informuję mnie, że Dominik urodził się z krwiakiem. Zapewnia, że wszystko będzie dobrze, że się wchłonie i nie zostawi żadnych powikłań. Przerażona oglądam dziecko – faktycznie główka jest duża. Dodatkowo pod prawym oczkiem zauważam niewielkiego naczyniaka. Rozpaczam, boję się. M zaciąga języka po znajomych i dowiaduje się, że ich dzieci też miały podobne „problemy” ale nic złego się nie działo. Wierzę mu, wierzę, że zły los już nas nie doścignie. Wychodzimy do domu i żyjemy pełnią życia. Jeździmy na spacery i kilkudniowe wycieczki, bawimy się i uczymy. Po raz pierwszy od bardzo dawna jestem szczęśliwa. Za niczym nie gonię, o nic się nie martwię. Jestem matką a moje szczęście – Dominik jest ze mną, piękny i zdrowy. Aż przychodzi kwiecień 2012 roku i zauważam przechyloną główkę… Misternie zbudowane szczęście i ład tracą grunt, wpadam w otchłań, zły los powrócił…

Bolączki zwykłych dni i ich wpływ na moją równowagę psychiczną

Mieszkam w nowym mieście, mam nowe przytulne lokum i pracę dającą mi satysfakcję. Kamil rośnie i robi się coraz fajniejszy – to już nie niemowlak wymagający jedynie czynności pielęgnacyjnych ale radosny chłopczyk pełen werwy do zabawy i ciekawości do poznawania świata. M choć wciąż nie rozmawia ze mną o naszych trudnych doświadczeniach i tym co nieustannie rozdziera nasze serca, stara się jak może dbać o nas: mój spokój i pogodny nastrój. Niby wszystko jest ok, rodzina niczym z obrazka. A jednak…

Są takie chwile, takie błahostki w ciągu dnia, które rozbijają cały ten skrupulatnie poukładany świat na malutkie kawałki. Ostatnio wybrałam się do fotografa by w dość dużym formacie wywołać zdjęcie Dominiczka a następnie powiesić je na jednaj ze ścian w salonie, by był obecny w naszym nowym domu każdego dnia. Wybrałam to zdjęcie w czerwonej bluzeczce z autkami, gdy siedział w szpitalnym łóżeczku i piąstką podpierał brodę. Pokazałam Pani i tłumaczę, że zależy mi na wymazaniu tła (usunięcie szczebelków łóżeczka i pościeli a zachowanie samego dziecka). Pani oglądała zdjęcie i w końcu z lekko zniesmaczoną miną mówi, że bez sensu takie zdjęcie ze szpitala, lepiej jakbym przyszła z synkiem i ona zrobi Mu dużo ładniejsze foto. I cóż tu odpowiedzieć. Wiem, że nie jestem fotografem światowej sławy, zdjęcia wszystkie jakie mam są wykonane telefonem i najczęściej w warunkach szpitalnych ale na lepszą wersję nie mam już szans. Wiem, że nie chciała źle, że przecież nie mogła wiedzieć ale jak po czymś takim wrócić do domu i spojrzeć na tę pustą, czekającą na buźkę Domisia ścianę? Póki co zbieram siły na wizytę u innego fotografa ale strach przed komentarzami co jest w tle Domika paraliżuje mnie skutecznie.

Wiem, że nie mogę wciąż żyć tamtym życiem, z czasów leczenia Gugusia ale nie potrafię też żyć wymazując z pamięci wspomnienia. Na co dzień staram się zachowywać równowagę. Doskonale wiem jak ważna jest taka stabilizacja psychiczna ale też wiem, że każda żałoba kieruje się swoimi prawami, ma swój rytm i natężenie. Częstym powodem mojego gorszego samopoczucia są wiadomości na temat leczenia siódemkowych kolegów Dominika. Czasem to sukces jakiegoś dziecka odbija się zadrą na moim matczynym sercu. I wcale nie chodzi tu o zazdrość taką perfidną, życzącą innym źle ale o zwykłą zazdrość przepełnioną bólem straty i pytaniem „Dlaczego im się udało a Domisiowi nie?” Wciąż próbuję dopatrzeć się jakiejś sprawiedliwości w świecie, zależności od pewnych czynników ale bezskutecznie. Zarówno dzieci osób wierzących jak i niewierzących, samotnych matek i szczęśliwych małżeństw, matek całkiem młodych tych po 40-ce przegrywają z okrutną chorobą jaką jest rak. Wniosek jest więc jeden – to loteria. Skoro loteria, kwestia przypadku, szczęścia, losu to tym bardziej chce mi się wyć. Gdybym miała pewność, że zawiniłam konkretnym postępowaniem, zrobiłabym wszystko by je naprawić i tym samym ochronić Kamilka a także mogłabym przestrzec inne matki. A tak – nic, pustka, zostaje grać w grę zwaną „życiem” każdego dnia licząc na to, że w dniu dzisiejszym nie zostanie wyciągnięty los z napisem „rak”. Zwykle jednak przykre wspomnienia i strach z kwietnia 2014 roku wracają do mnie po wiadomości o kolejnej przegranej walce małego pacjenta z oddziału onkologii, zwłaszcza jeśli pacjent był mi znany osobiście.

I tak zaledwie 3 dni temu dowiedziałam się, że pewien K (praktycznie rówieśnik mojego Domika), z którym byliśmy kilkukrotnie na sali, a który walczył tak jak my z CPC, wraca do domu by tam w spokoju oczekiwać na cud lub odejście. Przez te dwa lata często zaglądałam na profil Jego mamy szukając wiadomości jak przebiega powrót do zdrowia małego K. Kibicowałam Mu z całych sił bo tak jak nikt inny, przypominał mi Gugusia. Chciałam by był dla raka odwetem za odebranie mi synka, chciałam by mógł dożyć wszystkiego tego, co nie dane było Domisiowi. Niestety, loteria życia i tym razem okazała się okrutna. Wiem, że płaczą jego rodzice, rodzina i znajomi. Płaczę i ja. Nad Nim, nad Guguniem i samą sobą.

Dodatkową bolączką ostatnich dni jest zbliżająca się data 22 lutego czyli dnia kiedy na świat przyszedł mój ukochany synuś. W tym roku obchodziłby swoje 5 urodziny. Na co dzień pracuję z dziećmi i wiem jakie w tym wieku są sprytne, ile potrafią i ile radości daje obcowanie z nimi. Wyobrażam sobie jaki byłby Domik. Pewnie wyrósł by już z Zygzaka i drewnianych klocków, pewnie mówiłby już więcej i wyraźniej a kasza i kakao okazałyby się nie wystarczające. Bawiłby się razem z Kamilem i dokazywał jak na dziecko przystało. Na urodziny upiekłabym tort i obdarowała Go prezentami. Przede wszystkim jednak wzięłabym Go w ramiona, wycałowała i wytuliła, powiedziała Mu jak bardzo Go kocham i delektowała się tym stanem. W rzeczywistości pewnie wybiorę się jednak na cmentarz, zapalę światełko i uryczę jak bóbr a pustka wypełni mnie po brzegi

Podsumowanie życia

Kilka dni temu skończyłam 34 lata. Kiedyś w ten dzień stawałam przed lustrem bez kompleksów a nawet z pełną dawką radości i oczekiwania jak będę go obchodzić. Teraz jest zupełnie inaczej. Od samego rana nie umiałam wyrzec się podsumowań, analizy minionego czasu pod kątem tego czego doświadczyłam, jakie mam na swoim koncie sukcesy a jakie porażki. Bilans wypada blado. Jedyne z czego jak dotąd byłam naprawdę dumna, co przyniosło mi bezgraniczną radość i szczęście, odeszło. Tylko pojawienie się na świecie Dominika, Jego bliskość, spokój i swoiste zadowolenia z bycia, tworzyło mnie jako istotę szczęśliwą, pełną. W tym roku, mimo kolejnych 12 miesięcy w metryce, patrzyłam na siebie w lustrze i nie widziałam nowych zmarszczek, zwiotczałej skóry czy zmęczonych oczu a cień człowieka. Widziałam przecież niestarą jeszcze kobietę ale zarazem kobietę, która zdążyła pochować syna. Świadomość, że przeżywszy zaledwie 34 lata doznałam goryczy utraty trójki swoich dzieci w tym jednego po wyczerpującej, trudnej, pełnej wzlotów i upadków walce z nierównym przeciwnikiem – rakiem.

Moje koleżanki, rówieśniczki dopiero odkrywają uroki macierzyństwa. Patrzą na swoje pociechy z tym błyskiem w oku, jaki i ja miałam w 2011 roku. Patrzą, rosną w dumę, planują, cieszą się życiem. A ja? Wspominam a każda wspomniana chwila wyrywa kawałek z mojego utrudzonego serca. Wspominam jednak bo nie mogę rosnąć w dumę ani planować. Wspominam więc i żałuję Gugusia, żałuję samej siebie i naszej rodziny. To co zostało nam zabrane jest nie do odzyskania i nie do zastąpienia. Nasza rodzina już nigdy nie będzie pełna a ja nigdy nie będę już mogła spojrzeć na swoje życie jako na dobre, przepełnione radością i sukcesami. Mój bilans jest wypełniony porażką utraty dziecka, porażką mnie w roli matki. Drugiej szansy mieć nie będziemy. Ja żyję – On, Guguś, nie. Niesprawiedliwość tej sytuacji aż bije po oczach. Mam 34 lata i stracone życie. Wszystko to co dobre a czego aktualnie doświadczam raduje na chwilę i raduje w stopniu miernym. Wszystko złe, które wciąż mnie spotyka odczuwam ze zdwojoną siła bo przychodząc zadomawia się na silnej podstawie zła doświadczonego w chwili śmierci Dominika. 34 lata i bagaż jakiego nigdy nie chciałam mieć nawet w wieku bardziej sędziwym. 34 lata i jakby kres już nadszedł, iskierka nadziei przecież zgasła, jest tylko nicość…

Gdy w sercu brak nadziei


Nie ma dnia bym nie myślała, nie ma wieczoru, by smutek i tęsknota nie wybrzmiały głośniej w mym sercu. Każdego dnia, gdy tylko mogę, idę tam… Tam, gdzie nigdy nie pomyślałabym, że będę chodzić z taką potrzebą ducha. Opatulam się w kilka swetrów i wełniany szal, zakładam specjalne ocieplone buty i grube rękawiczki. Czasem wyruszam po 8 rano a czasem późnym popołudniem, zawsze jednak jadę w tym samym kierunku, po drodze zastanawiając się co dziś powiem. Spędzam tam tyle czasu ile się da. Czasem stoję a czasem siadam na zmarzniętej ławeczce. Czasem mówię na głos a czasem wyłącznie w myślach. Opowiadam co u nas, jak dokucza Kamilek i czym aktualnie się martwię bądź cieszę. Zawsze też znajduję chwilę na wspominki. Przywołuję momenty pełne radości ale i te trudne, bolesne. To dzieje się praktycznie samo. Przechodzę od wspomnienia zabawy autkami do widoku Twoich słabnących oczu, od widoku Ciebie jedzącego pierwszego i zarazem ostatniego w życiu loda na patyku do spoczywającego w otulonej białą koronką trumience wychudzonego ciałka, od cienia uśmiechu do potoku łez. Wspominam, przepraszam, dziękuję i rozmyślam jakby to było, gdyby los nie skazał Cię na cierpienie i przedwczesną śmierć.

Uświadomiłam sobie, że minęło właśnie trochę ponad 1,5 roku od dnia kiedy ostatni raz miałam Cię w ramionach. To połowa całego czasu jaki był nam dany. Ta ulotność, przebłysk Twojej obecności w moim ziemskim świecie z tej perspektywy boli jeszcze bardziej. Przez trzy lata byłam matką jaką byłam. Starałam się jak mogłam ale też wiem, że gdybym mogła przeżyć „nasz czas” jeszcze raz, wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Nie wiem czy wyszłoby lepiej, czy tym razem wytargałabym śmierci choć kilka tygodni Twojego życia więcej ale może dziś żyłoby mi się ciut lżej. A może w ogóle żyłabym szczęśliwie bo z Tobą u boku?!

Zbliża się świąteczny czas. W większości rodzin to czas rodzinnych spotkań, radości, podsumowań ale i planów. Nie mogę całkiem zabrać Kamilowi tych wyjątkowych dni ale też nie potrafię oddać się im z taką swobodą i energią jak kiedyś. Święta Bożego Narodzenia to czas nadziei a życie zabrało mi całą nadzieję jaką w sobie miałam. Zabrało, wytarło nią sobie buty i wyrzuciło do śmieci. Święta już nie są takie jak kiedyś. Staram się nie być zawistna ale strasznie trudno patrzeć na roześmiane twarze spacerujących po sklepach małżeństw z czteroletnimi dziećmi. Za każdym razem zadaję sobie wtedy pytanie: Czym zawiniłam, że moje ukochane dziecko nie może obchodzić z nami tych świąt? Trzy wspólne lata minęły niepostrzeżenie. Przepełnione goryczą i strachem, nadzieją i rozczarowaniem, bólem ale i małymi radościami, najbardziej jednak miłością. Choć Cię dalej kocham całym sercem, tej miłości jakoś brak…
Wszystkiego co z Tobą związane tak strasznie mi brak… Oddechu, zapachu, ciepła rąk, wypowiadanych radośnie słów, zadziornego uśmiechu i wiary…, wiary, że można zatrzymać czas, oszukać los, odwrócić przeznaczenie…, wiary, że mogę coś zrobić dla Ciebie, dla nas… Wiara umarła wraz z nadzieją na kilka tygodni przed Tobą. Umarła szczera i prawdziwa radość z życia i bycia matką.

Co jakiś czas powracają do mnie myśli, że poza grubą warstwą granitu, z którego wykonany jest Twój pomnik, dzieli nas głównie czas. Kiedyś dołączę do Ciebie i tym razem nikt i nic już nas nie rozdzieli. Strasznie się jednak boję. Nie, nie śmierci. Widziałam z bardzo bliska jej oblicze i choć wiem, że nie zawsze bywa łaskawa, nie zawsze przychodzi we śnie to bardziej przeraża mnie to co potem. Nie mam pewności czy jest coś potem. Z całego serca pragnę by było, byśmy mogli jeszcze się spotkać choć w duchowym wymiarze a nie tylko połączyć prochami. W zasadzie o to jedno modlę się nieustannie i jeśli mogłabym sobie czegoś teraz życzyć, to tylko tego: szansy na wspólne bycie.