Z miłości zrodzony, miłością pozostaniesz… Na zawsze. Odejście dzielnego Gugusia do innego świata.

Mijały kolejne dni. Każdy podobny do siebie. Póki co stan Gugusia był stabilny ale baliśmy się, że wkrótce nadejdą dramatyczne zmiany. Któregoś dnia stało się – saturacja zaczęła bardzo spadać, Guguś tracił oddech. Wiedziałam, że to kiedyś nadejdzie, znałam kroki postępowania ale emocje wzięły górę. Biegałam po mieszkaniu, przerzucałam kolejne ampułki z lekami, pokrzykiwałam na męża jednocześnie błagając przez telefon dyżurująca w hospicjum pielęgniarkę o pomoc. Ona ze stoickim spokojem nakazywała czekanie a ja trzęsłam się i błagałam o cud. Po około pół godzinie stan Dominika ustabilizował się. Doktor przy okazji następnej wizyty zmieniła dawki rozpisanych na stałe leków a ja żyłam nadzieją, że nigdy więcej nie będę musiała przeżyć podobnych chwil.

Nastały święta wielkanocne. Rodzice zorganizowali nam jedzenie ale nie pamiętam czy z niego korzystaliśmy. Wiem, że od hospicjum Domik otrzymał upominki. W tych trudnych chwilach siedzieliśmy w domu sami lub w towarzystwie rodziców, teściów i cioci M. Odwiedzały nas bardzo pomocne Panie pielęgniarki z hospicjum – najczęściej p. Kamila i p.Ola ale też inne. Odezwała się też do mnie koleżanka A, która już kiedyś okazała szlachetne serce i pomogła zorganizować wsparcie fundacji Stonoga. A chciała walczyć o Dominika i przywiozła mi środek o nazwie Colostrum, który ponoć powinien pobudzić go do życia. Tylko ona jedna w tamtym czasie znalazła siłę by stanąć ze mną twarzą w twarz i wyrazić współczucie. Mój synuś nie był już w stanie pić ale kilka razy posmarowałam mu delikatnie usteczka nowym specyfikiem. Niestety wtedy pogarszały się jego parametry życiowe więc w końcu zaniechałam prób. Bezdechy powtórzyły się jeszcze kilka razy. Każdy kolejny raz był coraz bardziej dramatyczny i trwał dłużej od poprzedniego. Ten najgorszy sprowadził wskaźniki właściwie do zera.

Byłam wykończona. Praktycznie nie spałam bo hałas, duchota, konieczność ciągłego przepinania kroplówek, dźwięki urządzeń, płacz głodnego Kamila i strach o Dominika uniemożliwiały mi zmrużenia oczu. Funkcjonowałam na oparach sił. Coraz częściej powtarzałam Domisiowi że może odejść, że się nie pogniewam ale robiłam to wiedząc, że takie są wobec mnie oczekiwania. W głębi ducha błagałam Go by tego nie robił. Guguś miał już odleżyny na pleckach, przestał ruszać rączką a i nawet drobne próby przechylania jego główki odpadały bo wiązały się z zatrzymywaniem oddechu. Guguś tkwił już tylko w jednej pozycji, w której toaleta ograniczała się do przecierania ciałka wilgotną szmatką a pieszczoty do delikatnych muśnięć matczynymi ustami w dziecięce czółko lub policzek. Mijał trzeci tydzień naszego życia w dużym pokoju mieszkania, w którym zamiast radości z narodzin nowego potomka słychać było tylko szloch i rozmowy o śmierci.

Któregoś dnia odkryłam kocyk Gugunia a to co ujrzałam złamało mi serce. Mój trzyletni syn, długi jak nigdy wcześniej wyglądał jakby ważył góra 5kg. Buzia zapadnięta, wystające żebra, wyraźnie zarysowane kości biodrowe i kolanka, nienaturalnie duże stopy. Cała skóra pożółkła a w okolicy szyi i klatki piersiowej pełno sinych wybroczyn. Usteczka wysuszone, blade, lekko rozchylone. Powieki opuszczone z trudnymi do dojrzenia źrenicami. Patrzyłam na Niego i zapadałam się w sobie. Chwyciłam jego dłoń, przyciągnęłam do ust, ucałowałam i pierwszy raz szczerze, w pełnej bólu miłości wyznałam, że może odejść do innego lepszego świata, że już wystarczy tego cierpienia. Ja – jego matka chciałabym go mieć zawsze przy sobie ale to co widzę, jest gorsze niż to co mogłam sobie wyobrazić. Zgadzam się by przestał walczyć. Będę zawsze jego mamą a on moim syneczkiem. Będę go kochać, tęsknić a ból nigdy nie zginie. Noc mijała jak zwykle, pod znakiem kolejnych kroplówek i leków. Myśleliśmy, że pulsoksymetr się zepsuł bo w ogóle nie wychwytywał parametrów Domisia więc postanowiliśmy go odpiąć na stałe. O 6 rano podłączyłam kolejny lek a widząc, że obaj synowie śpią postanowiłam zdrzemnąć się przez godzinkę bo o 7 należało zmienić kroplówkę. Położyłam się obok Dominika i trzymałam go za lewą rączkę. Po mojej drugiej stronie spał mąż a w sypialni Kamil. Obudziłam się przed 7 i zanim wstałam do kroplówki spojrzałam na twarz Gugusia. Była spokojna, wychudzona ale piękna. Spojrzałam na usta – wyglądały tak jak godzinę wcześniej ale uderzyło mnie coś innego – nie dostrzegłam cienia oddechu. Odchyliłam kocyk, rozpięłam bluzeczkę i wpatrywałam się w klatkę piersiową. Nie ruszała się ani odrobinę. Nachyliłam się nad dzieckiem ale dalej nie wyczułam oddechu. Obudziłam M i powiedziałam: „on umarł, Dominik nie żyje”. M przyniósł Kamila i pozwolił mu jeszcze ostatni raz ucałować brata a ja wzięłam Domisia na ręce i po raz kolejny opowiedziałam mu przez łzy bajkę o kocie w butach. Tuliłam go tak w ramionach, zapewniałam o miłości i czekałam na przyjazd kogoś z hospicjum. Był 29 kwietnia 2014 roku, wtorek, pełen słońca i wiosennych zapachów budzącej się do życia przyrody. Gdy przyjechała Pani Kamila przyniosłam naszykowane już w pierwszym dniu po powrocie z Warszawy ubranka do trumny. Razem umyłyśmy go i ubrałyśmy. Założyłam mu niebieskie dżinsy i czerwoną koszulę w kratką tą samą w której świętował ostatnie swoje święta bożego narodzenia i trzecie ostatnie urodziny. Niedługo dotarli rodzice i ciocia. Każdy pożegnał się tak jak umiał a M siedział w tym czasie na balkonie i patrzył się w niebo. W końcu powiedział że już pora wezwać zakład pogrzebowy. Zgodziłam się, choć najchętniej ukryłabym go gdzieś w domu. Przed 13 podałam Panom w czarnych garniturach ciało Dominika owinięte w kremowy kocyk, ten sam, w którym wynosiłam go ze szpitala w drugiej dobie życia a gdy wieźli go swoim samochodem do zakładu, my z M jechaliśmy za nimi by odprowadzić nasze dziecko do miejsca gdzie spędzi kolejne dwa dni do pogrzebu. Nasz świat runął.

Już nigdy nie będziemy tacy sami jak przed śmiercią Dominika, czy nawet jak przed jego chorobą. Mówi się, że dzieci uczą nas bezwarunkowej miłości ale wydaje mi się, że w przypadku zdrowego dziecka jest zdecydowanie łatwiej. Naszą nagrodą za włożony w wychowanie i opiekę trud jest pierwszy krok dziecka, pierwsze słowa, świadectwo z czerwonym paskiem, strzelony podczas meczu gol, wyrecytowany na akademii wierszyk, zapoznana narzeczona, pierwsza praca itp. Mój syn nie dał mi tych nagród bo nie mógł ale dał mi dużo więcej. Przy nim zrozumiałam, że gdy się kogoś kocha to dla niego można zapomnieć o sobie, można zrezygnować z własnych potrzeb. Można być z kimś 24 godziny na dobę a w zamian mieć tylko, a może aż, widok śpiącego spokojnie w szpitalnym łóżeczku maluszka, uścisk małych rączek na szyi czy cichutki szept: mama choj”. Szczęście to pojęcie względne ale zwykle kojarzy się z dobrobytem materialnym, spełnianymi marzeniami, dniami wypełnionymi szaloną zabawą. Ja wiem, że choć los był okrutny a nasze życie na 2 lata sprowadziło się do wegetacji w sali szpitalnej, to byłam wtedy szczęśliwa. Szczęście dawała mi wola walki Gugusia o każdy kolejny wspólny dzień, jego szelmowski uśmieszek czy drobne psoty. Myślę, że choć oczywiście i on marzył o innym dla siebie dzieciństwie, to na co dzień dostrzegał moją miłość i oddanie i cieszył się z tego. Ja byłam z nim a on był ze mną. Byliśmy ze sobą i dla siebie. Byliśmy jednością tak jak nigdy wcześniej ani nigdy później nie byłam z nikim innym. Poznałam smak prawdziwej miłości tej dawanej i tej otrzymywanej.

Za każdy dzień, za każdą noc, każdą chwilę dziękuję Ci syneczku. Śpij spokojnie. Dzieli nas tylko czas.

Twoja mama Marta.

12 Komentarze

  1. Nic nie zmienia tak życia, człowieka i wszystkiego wokół jak śmierć dziecka … Przeżyła Pani coś czego nie powinien doświadczyć Rodzic. Pełen ciepła, miłości i bezwarunkowego oddania siebie dla największego szczęścia jakim jest własne dziecko …
    Tak pięknie i mądrze Pani to wszystko napisała. Pisałam to już nie raz, ale napiszę jeszcze raz … Jest Pani bardzo mądrą, dobrą, kobietą i MATKĄ … Dominik miał szczęście, że miał i wciąż ma taką MAMĘ jak Pani … A Pani, że był Pani szczęściem, krótko na ziemi, ale w końcu się spotkacie i znów będziecie trzymać się za ręce…
    Ja czuję z tego wpisu, może to dziwne, ale czuję spokój …
    Życzę Pani spełnienia tego o czym Pani myśli i marzy. Zasługuje Pani na to jak nikt inny …

  2. Płaczę razem z Tobą Marto… :(

    Twoja mama jest przy Tobie Dziecinko i nigdy Cie nie opuści. Otaczaj opieką Waszą Rodzinę Aniołku.

    Ja także nie zapomnę…. z miłością…….. Małgorzata

  3. Chociaz nigdy Cie nie poznalam, zawsze bede o Tobie pamietac. Odpoczywaj Aniolku i opiekuj sie Twoja Mama, Tata i Bratem. ❤️❤️

  4. Marto bardzo mi przykro, że przeżywasz tą traumę po raz kolejny, że rozdrapujesz ranę, która ledwo co zaczęła się goić…. A może się mylę? Może to właśnie było Ci potrzebne? Niemniej cała opowieść, którą snułaś jest w moich oczach ołtarzem dla Twojego Synka, hołdem, miłością. Żyjemy, póki ktoś o nas pamięta…Dziękuję, że mimo bólu podzieliłaś się z nami kawałkiem Waszego życia i obiecuję, że ja o Dominiku nie zapomnę.
    Nie wiem, czy Twoja historia zakończyła się na śmierci Synka, czy jeszcze będziesz coś pisać, ale ja będę tu zaglądać, bo być może poczujesz potrzebę podzielenia się czymś jeszcze. I wiedz, że Twoje słowa nie trafią w próżnię, że ktoś czyta, rozmyśla i stara się zrozumieć, a wesprzeć nie zawsze potrafi, bo czasem lepiej nic nie powiedzieć i po prostu być…

    • Witam Nie wiem czy rana się goi ale na pewno w związku z upływającym czasem nieco zasycha Wiele razy czułam że nue mam sił opowiedzieć naszej historii do końca, że to zbyt bolesne i stad te długie przerwy w pisaniu Z drugiej strony czułam wewnętrzny przymus dokończenia tego co zaczęłam To takie niepisane zobowiązanie wobec Domisia, które zrodziło się w moim sercu ponad 3 lata temu Czułam że jestem Mu to winna

      Teraz czuję jakby kolejny ciężar spadł ze mnie i jakby częściej mam ochotę coś jeszcze napisać Ta relacja z walki Gugusia z chorobą to tylko część opisu Jego jako człowieka Blog miał być opisem zdarzeń ale pewnie jeszxze kiedyś ,w chwili słabości,napływu większej niż codziennie tęsknoty – a to zdarza się i tak kilka razy w miesiącu – pozwolę dać sobie tu upust bólowi, rozpaczy i osamotnieniu

  5. Serce strasznie płacze. Jest mi tak przykro. Tyle złego dzieje się na świecie.. a Pani tak pięknie i z cierpliwością przeżyła lata małego Gogusia. Była i jest Pani super matką. Modlę się za was. ;*

  6. Jest pani dla mnie wzorem miłości matczynej, wzorem człowieka. Całym sercem współczuję Wam, jest mi po ludzku ogromnie przykro , że Domiś musiał przejść przez to wszystko. Czuję ogromną niesprawiedliwość. Z drugiej strony jednak jesteśmy tu tylko na chwilę a czas pędzi jak oszalały. Myślę właściwie mam pewność ,ze to prawdziwe życie zaczyna się dopiero tam,po drugiej stronie. Sądzę , że gdybyśmy wiedzieli dokładnie jak tam jest to juz teraz wszyscy chcielibyśmy umierać i dlatego to taka niewiadoma. Życzę pani radości z małych rzeczy , uśmiechu i po prostu szczęścia.

  7. W historii Gugusia krzepiące jest to, ze Pani była i jest jego Mamą.
    Proszę nigdy w siebie nie wątpić.

    Płaczę i ściskam
    Marta

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.